reklama
SAT Kurier logowanie X
  • Zaloguj

Wyprawa motocyklem na Gibraltar, cz. I

dodano: 2018-11-16 10:24 | aktualizacja: 2019-10-31 21:22
autor: Andrzej Pietrzak | źródło: podrozezantena.pl

Gibraltar No to w drogę. W lutym tego roku, siedząc sobie wygodnie na kanapie i delektując się gorącą herbatą, pomyślałem, że skoro za kilka dni odbieram motocykl, to warto byłoby go gdzieś sprawdzić. Spojrzałem więc na Martę i zapytałem: - A może ruszymy na Gibraltar? - Odpowiedź brzmiała: - Jasne! Tylko, kiedy? - Uzgodniliśmy, że ruszamy na majówkę.

Gibraltar


Prosimy o wyłączenie blokowania reklam i odświeżenie strony.

Pokój klasy zero, tzn. nie będę go opisywał. Za to łazienka… Tak, łazienka zasługuje na opowieść! Cała wykonana z jednego kawałka plastiku. Tak, mnie też to zdziwiło. Ktoś wpadł na niesamowity pomysł. Wydmuchał w dużej formie całą łazienkę ze zlewozmywakiem, klozetem, kabiną prysznicową i półkami. To chyba najgenialniejszy sposób, jaki widziałem w życiu. Co prawda łazienka na każdej wysokości miała inną strukturę ścian czy podłóg, lecz i tak było to zjawisko! Jedynym jej mankamentem była jej wielkość... Pewnie w Chinach weszłoby tam i 200 osób, za to w Ameryce może ktoś by do niej wszedł, ale wyjść to już by nie dał rady. Rano pobudka, na niebie słońce w koło rześkie powietrze. Klika fotek i smuga.
 
Wczoraj była ulewa, a co nas czeka dziś?

Śniadanie będzie w Barcelonie… To już za chwilkę... Ech, poranek… Słonko. Andora powitała nas cudowną pogodą, wspaniałym bezchmurnym niebem aż do samej Barcelony. Co za piękny błękit, w końcu sucho i uśmiech sam malował się na buziach. Poranek w Hiszpanii był cudowny. Pogoda, niebo, przyroda… Wszystko było fantastyczne. W końcu docieramy do „śniadaniowej stacji”, czyli do miejsca zaplanowanego na amu. Poranna kawa, świeże bułeczki pycha... Szybkie tankowanie i dalej w drogę.

W przeciwieństwie do dnia wczorajszego, którego nawet nie chcę opisywać, było jak w bajce. Autostrada, którą jechaliśmy, to obszar zapierający dech w piersiach, cudowne widoki, niepowtarzalne budynki, architektura odmienna od naszej.

O 13:30 zabrakło nam prądu, „spadliśmy” z motocykla - tak to mogę opisać. Nie dotarliśmy do stacji obiadowej. Myślę, że 100 km wcześniej trzeba było zrobić postój. Tak jak staliśmy, gleba, 5 sekund i słychać było nasze chrapanie. Obudziliśmy się po godzinie. Liczba kolorowych motyli i kwiatów umknęła mi przed zaśnięciem. Leżeliśmy na parkingowym trawniku wśród kolorów świata. Było cudownie.

- Pójdę po kawę - usłyszałem.
- Dobrze, dziękuje moja kochana - patrzyłem jak odchodzi na bolących nogach.

Trzeci dzień na siedząco w tej samej pozycji i zero słowa skargi. Wiem, że strasznie bolą ją nogi, dopadają skurcze, plecy pękają, ale jest naprawdę wytrwała i dzielna. Proszę sobie to tylko wyobrazić, usiąść w jednej pozycji, nogi mają określone miejsce, nie ma gdzie się nawet poprzeciągać czy poprawić.

Kolorowe motyle urządziły sobie taniec nad moją głową. Cudownie. Z zamyślenia wyrwała mnie Marta. Przyniosła nam pyszną kawę, pizzę i ciacho. Mieliśmy prawdziwą ucztę - na trawce wśród latających motyli. Siedząc i jedząc, zapytałem Martę, jak sobie radzi. Odpowiedziała, że nie jest źle. Ale widziałem, że nie do końca mówiła mi prawdę. Po chwili jednak dodała, że boli ją wszystko cholernie i że dopiero teraz zrozumiała, dlaczego tak systematycznie chodzę na siłownię i basen. Poza tym wczorajszy dzień sprawił, że miała dość. Zupełnie mnie to nie zdziwiło, bo miałem podobne odczucia. Pogoda pogodą, ale ciężarówki i ta ilość wody na drodze plus wiatr zrobiły swoje. Marta całą drogę jechała skulona, próbując jakoś się schować za moimi plecami. Sam też miałem 3 razy modlitwę ostateczną, straciłem kontrolę pomiędzy dwiema ciężarówkami z prawej, jedną z tyłu i jedną z przodu. Nic a nic nie widziałem poza światłami tej przed nami. Modliłem się, aby ten za nami nie przyspieszył, ten z przodu nie zahamował lub któryś z prawej nie chciał zmienić pasa. Myślę, że nas nie widzieli. Wiedzieli pewnie, że jesteśmy, ale nie mieli pojęcia gdzie. Tak słaba była widoczność. Ale spoko, ważne że żyjemy i jedziemy dalej do naszego celu.

No to w drogę, przepakowanie ciuchów z używanych na nieużywane, buziak, tulak i jedziemy dalej. Dziś powinniśmy dotrzeć do Marbelli, jeśli pogoda się nie zmieni. Ogólnie to 1200 km dziennie i powinno być zrobione. Tego dnia pogoda nam splatała figla, telefon się rozładował, a ładowarkę szlak trafił. Słońce na niebie chyba się rozpędziło, bo termometr zaczął wskazywać 38°C. Ze zmęczenia od słońca musieliśmy uciec gdzieś na boczną drogę, odkryta autostrada nie dawała żadnego schronienia. Zmęczenie było tak duże, że po jakimś czasie dotarło do nas, że jedziemy nie tą trasą.

Dotarliśmy w końcu do tawerny gdzieś na bezdrożach. Było cudownie, drzewa oliwne, cień i woda. Woda ta, która wam kapie z kranu, była przez ostatnią godzinę naszym marzeniem. W koło żadnego motelu, temperatura wypompowała z nas nie tylko ostatnie krople wody, ale i siły. To był chyba najcięższy moment tego dnia. Wtedy tak myślałem. Postój potrwał około 2 godziny, nie miałem sił prowadzić motocykla. Trzecia kawa i zero reakcji. Marta usnęła na krześle przed tawerną. Ja też chwilkę się zdrzemnąłem.

Po rozmowie z tubylcami okazał się, że jedziemy chyba w poprzek trasy. Przed nami góry, dopiero gdzieś tam jest miejsce do spania. Spojrzeliśmy na siebie raczej ze zwątpieniem niż z nadzieją. Trudno, tankowanie, milczenie i rura. Widoki, które mijaliśmy zapierały dech w piersiach. Przed nami widać było nad zielonymi lasami ośnieżone szczyty gór, fantastyczne potoki, gaje oliwne jak odrysowane przy linijce. Każdemu polecam zabłądzić w tej okolicy.

Powoli zaczęło zmierzchać, paliwa dotankowaliśmy na jakieś stacji, gdy ruszaliśmy z tej ostatniej, okazało się, że robi się przymrozek. Pomimo tego, że słońce było widoczne, musieliśmy zatrzymać się i przebrać. Zęby nam latały z zimna, a i ręce zaczynały nam się trząść. Nagle po pokonaniu wzniesienia naszym oczom ukazał się hotel 4-gwiazdkowy! W pierwszej chwili myślałem, że to twór mojej wyobraźni. Wyobraź sobie górską pustynię, w koło tylko porosty, góry i nagle w tym pustym miejscu hotel, ogromny budynek z parkingiem, restauracją i pysznym jedzeniem. 50 euro za dwie osoby!!!! Wow, super!!!

Wchodzimy, hotel w kamieniu od podłogi po sufit, hol ogromniasty i uśmiechnięta pani, która nas informuje, że ma dwa ostatnie wolne miejsca. What? Na tym końcu świata tylko dwa ostatnie wolne miejsca? Bierzemy, wychodzimy z hotelu, by zabrać nasze toboły, zmęczeni, zmarznięci wjeżdżamy windą na górę, otwieramy pokój i dostaliśmy szoku. Suuuper pokój, z tarasem i cudownym widokiem na góry. Jak w bajce. To Hotel Casa Lorenzo, położony przy Autovia A92N Norte 82 km od trasy. Przepiękne i bardzo urokliwe miejsce na Ziemi. Nie bacząc na nic, rozpakowaliśmy się, szybko zmieniliśmy odzież i pognaliśmy na dół na winko i jedzonko.
 
Widok z tarasu Hotelu Casa Lorenzo

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy.




Więcej z kategorii Europa


reklama
reklama
HOLLEX.PL - Twój sklep internetowy

DJI Mavic Mini

Mavic Mini waży zaledwie 249 gramów. właśnie jego niska waga...

1 799 zł Więcej...

Odbiornik AX 4KBOX HD60 S2X

AX 4K HD60 - najnowszy odbiornik Ultra HD marki AX....

429 zł Więcej...

Kabel HDMI 2.1 8K UHD 1,0m

Najnowszy kabel HDMI o długości 1,0 m w wersji v2.1...

79 zł Więcej...
reklama